Jak można się czuć, kiedy inni wpatrują się w ciebie, jakby
niczego innego poza tobą nie było? Jakbyś był chodzącym
arcydziełem, stworzony do tego, by inni cię podziwiali... Odpowiem, że wcale
nie będzie tak przyjemnie, jak by się zdawało. Dzisiejszy dzień w szkole nie okazał się zbyt
przyjemny pod względem tego całego wpatrywania się w moją osobę. Jakby
uczniowie i wszyscy wokół myśleli, że zrobiłam coś złego. Ale nie uczyniłam
niczego okropnego, przynajmniej tak sądzę...
– Panno Hovercraft? – usłyszałam głos pani profesor. Czyżby
nagle straciła ochotę na prowadzenie i tak już nikogo nie interesującej lekcji?
Rzadko takie coś się zdarza, co zauważyłam po reakcji uczniów; wyprostowanie
się i wpatrywanie się z zaciekawieniem w tablicę. – Czy dobrze się czujesz?
– Tak - rzekłam.
Pani Bunch pokiwała głową i położyła dłonie na biodrach.
Nie wyglądała na zadowoloną... Może zauważyła, że nikt nie słucha jej wykładu?
– Clara, idź z nią do łazienki, kobietka coś mnie oszukuje
– zwróciła się do niskiej, rudej dziewczyny.
– Ale proszę pani! – krzyknęłam. – Czuję się bardzo dobrze,
nie wiem skąd przypuszczenie, że jest inaczej...
Nauczycielka popatrzyła na mnie z politowaniem i wskazała
palcem drzwi. Nie chciałam robić problemów, więc wyszłam, a za mną ruda
dziewczyna. Przynajmniej nie musiałam siedzieć na tej smętnej lekcji i
denerwować się przez wszystkie spojrzenia kierowane w moją stronę.
Dziewczyna podeszła do mnie z uśmiechem.
– Cześć, jestem Clara Appleton, miło mi cię poznać. –
Podała rękę w geście przywitania i chwyciła mnie pod ramię, prowadząc w
kierunku łazienki. – Chciałam z tobą porozmawiać...
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem. Dziewczyna była totalnie
nieśmiała, przynajmniej z tego, co wiedziałam, a tu tak nagle bez skrępowania chwyciła
mnie pod ramię i naturalnie ze mną rozmawiała? Coś tutaj jest nie tak... Te
wszystkie spojrzenia, pewna siebie Clara...
– O czym? – zapytałam, nadal wpatrując się w koleżankę ze
szkoły.
– Dowiesz się, kiedy dotrzemy na miejsce – odparła, po czym
pociągnęła mnie w stronę kantorka sprzątającego.
– Ej! Ale co ty robisz? Gdzie mnie zabierasz? – Próbowałam
wyrwać się z jej uścisku. Clara była nadzwyczajnie silna i nie dała mi się
uwolnić.
– Nie bój się, to dla twojego bezpieczeństwa.
Zaczynało kręcić mi się w głowie... Zamknęłam oczy,
czekając na ruch dziewczyny. Może jest jedną z Anilam Namalam?
– Nie jestem jedną z nich, należę do Namalam. –
Uśmiechnęła się.
Czyta mi w myślach. Jak Max... To jedna czarodziejka z
krainy mojego przyjaciela. Że wcześniej się nie kapnęłam... Pani profesor nigdy
wcześnie się tak nie zachowywała, a co dopiero cała szkoła; Clara zmanipulowała
nimi, żeby jakoś wymsknąć się ze szkoły.
– Jesteśmy na miejscu, możesz otworzyć oczy. – Wykonałam
jej polecenie i zauważyłam, że jesteśmy w moim pokoju. Rudowłosa usiadła na
krześle i rozglądnęła się po pomieszczeniu, zupełnie jak Max.
– Czemu się tutaj teleportowałyśmy? – zapytałam. – I
najważniejsze pytanie: po co?
– No cóż... Jesteśmy w trudnej sytuacji, a mnie
przydzielono do ochrony ciebie – odparła. – No wiesz... przed tą całą wojną i
ludźmi, którzy chcą cię zabić.
Wpatrywałam się w dziewczynę, nadal nic nie rozumiejąc.
– Czy to takie trudne? Musiałyśmy opuścić szkołę, ponieważ
wyjeżdżasz do krainy Namalam. Max chyba cię o tym informował. –
Spojrzała na mnie, najwyraźniej wkurzona zadawanymi przeze mnie pytaniami. –
Spakuj się, za ten czas muszę skopiować twoją osobę, żeby nikt się nie skapnął,
że cię nie ma.
Znieruchomiałam. A czy...?
–Nie w sensie, że chcę cię kimś zastąpić a ciebie zabić...
Dziewczyno, zastanów się, o czym myślisz – przerwała mi. – Muszę to zrobić,
żeby, no... na przykład twoja ciotka nie martwiła się o ciebie. Będziesz nadal
chodziła do szkoły, zajmowała się codziennymi obowiązkami... coś w tym stylu.
Rozumiesz?
Pokiwałam głową i zaczęłam się pakować.
* * *
Wpatrywałam się w osobę, która wyglądała zupełnie jak ja.
Mogłam jej dotknąć, porozmawiać z nią – jakbym obserwowała swoje życie.
– Dobra, wszystko już załatwione? – rzekła dziewczyna. Spojrzałam
na całą rozpromienioną Clarę. Nastolatka
trzymała moje torby, zupełnie nie przejmując się ich wagą.
– Tak, możemy się już... teleportować? – Wzruszyłam
ramionami i stanęłam obok rudowłosej. Clara chwyciła mnie pod ramię, tak jak
wcześniej. Znowu zaczęło kręcić mi się w głowie. Tym razem nie zamknęłam oczu.
Nagle błysnęło mi przed oczami i znalazłyśmy się na
miejscu.
Nie wiem, czego oczekiwałam po samym wyglądzie krainy Namalam.
Może zwykłego, codziennego miasta? No cóż, zawiodłam się...
Wszystko wyglądało jakby wyjęte z bardzo dawnych czasów.
Zamek na wzgórzu, a wokół niego ogromne, porośnięte lasy. Działki, na których
budowano kamienice, krótszą ścianą wychodzące na ulice.. Z daleka widać mur
obronny, który rozciągał się wokół całego miasteczka. Za nim było ogrom łąk. No i to świeże powietrze!
– Jesteśmy w Namalam – podsumowała Clara i ruszyła w
stronę dwóch wielkich drzew. Poszłam za nią, niepewnym krokiem.
Za nimi chowały się dwa białe konie. Na ich widok
uśmiechnęłam się szeroko. Podbiegłam do jednego, który wokół oka miał brązową
plamę. Clara dosiadła jednego, czekając, aż ja zrobię to samo z drugim, po czym
ruszyłyśmy w stronę miasteczka.
* * *
Max miał rację. Wszyscy tutaj wyglądali tak młodo.
Niektórzy w moim wieku albo młodsi. Widok, kiedy dwunastoletnia dziewczyna
trzyma niemowlaka na rękach i je karmi... Może lepiej nie będę do tego
powracać.
Wszyscy mi się przyglądali, zupełnie jak w szkole. Tylko
może trochę cieplej, z uśmiechami na twarzach. Machali rękami, sypali w naszym
kierunku kwiaty... Czy tak reagują na osobę, która jest przyczyną wywołania
wojny?
– Może to wydaje ci się dziwne, ale u nas ludzie są
życzliwi – powiedziała rudowłosa. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej, nie
zwracając już uwagi na miejscową ludność.
* * *
Weszłyśmy do środka zamku. Z tego, czego się dowiedziałam,
twierdza nazywa się Palatio Sensuum, inaczej Pałac Zmysłów, bądź
czasem Palatio Margaritis, czyli Pałac Perły. Wyglądała dosyć
skromnie jak na główne miejsce w tej krainie. Cała budowa wykonana jest z
wapnia. Dość okrągła z jedną, niewidoczną wierzą.
– Salve! Salve mi blattam!1– rozbrzmiał
ciężki, stary głos. Przede mną ukazał się staruszek z długą, białą brodą,
odziany w czarną szatę.
– Czy on mówi w naszym języku? – zapytałam Clarę, która
stała, a raczej klęczała obok mnie.
– Oczywiście, moja droga – uśmiechnął się staruszek. – Znam
wszystkie języki świata, ale łacina to nasza ojczysta mowa. – Machnął ręką i
rudowłosa natychmiast się wyprostowała. – Jestem Haroldus Frenley, a ty to
pewnie panna Samanta Hovercraft. – Pokiwałam twierdząco głową. – Bardzo miło
nam u
siebie gościć twoją osobę. Pozwolisz, że
sam zaprowadzę cię do Principalis Locus?2
– Oczywiście. – Przytaknęłam i ruszyłam za staruszkiem.
Clara została w tyle, lecz kiedy się odwróciłam, uśmiechała się do mnie
zachęcająco.
Haroldus stanął przed wielkimi drzwiami i zacisnął rękę w
pięść, po czym wymamrotał coś pod nosem. Na jego komendę wrota się otworzyły i
znaleźliśmy się w pomieszczeniu. Wnętrze było bardzo
wysokie, na ścianach znajdowały się ogromne i duże okna w stylu gotyckim. Na
podłodze rozciągał się czarny dywan, a na końcu lokum mieścił się szeroki i masywny stół. Przed nim stali Max z
Robertem, ubrani w podobną szatę do tej, którą nosił Haroldus, lecz
skromniejsząs.
– Oto nasza
współlokatorka – oznajmił
Frenley.
– Tak jest!
– odparli naraz.
Staruszek podszedł do Maxa i Roberta, mrucząc coś pod
nosem.
– Zaopiekujcie
się nią i wytłumaczcie jej, o co w tym wszystkim chodzi– oświadczył
Haroldus, po czym zniknął z pomieszczenia. Czemu zrozumiałam to, co powiedział?
Czyżbym znała łacinę? Nie wydaje mi się możliwe, że te jego mruknięcia to
wypowiedziane zaklęcie.
– Max? Czemu rozmawiasz z Haroldusem w języku łacińskim?
Przecież on zna nasz język - burknęłam i podeszłam do przyjaciół.
– Z przyzwyczajenia. - chrząknął. Popatrzył na Roberta, a
ten pokiwał głową. Nie zrozumiałam, o co im chodzi, oni sami nie chcieli mi
powiedzieć, więc nie wnikałam w szczegóły.
Popatrzyłam na mojego drugiego przyjaciela. Chłopak
wyglądał dość dziwnie, ale nie to przykuło moją uwagę. Czemu wygląda tak jak
Max? Zdawało mi się, że jest człowiekiem.
– Przeszedłem inicjację Kiera. Jestem teraz jednym z nich –
mruknął. Teraz przeniosłam spojrzenie na Maxa.
– Czemu mi nie powiedziałeś? Może ja też bym mogła... –
dodałam.
– Nie – oznajmił. – Nie mogę dopuścić, byś się tak
przeciążyła. To bardzo ważna wojna, a gdybyś walczyła z nami, Anilam Namalam
wykradłoby nam cię.
Opuściłam głowę. Zerknęłam na rękę Maxa, była cała
posiniaczona.
– Co ci się stało? – jęknęłam.
– Nic, to mało ważne – odparł. – Chcieliśmy ci powiedzieć,
jak by wyglądał twój pobyt u nas. – Uśmiechnął się sztucznie. – Przez
najbliższe dwa tygodnie pozostaniesz tutaj,
w tym zamku. Nadal będziesz się uczyć, tak jak w szkole. No... codzienne
duperele.
– Podczas kiedy my będziemy bronić Namalam, ty
zostaniesz tutaj, w tym zamku. Zrozumiałaś? -
Robert najwyraźniej chciał się upewnić, że przyjęłam do wiadomości.
– Tak... – odmruknęłam.
Zapadła cisza. Wpatrywałam się w Maxa i Roberta; czułam, że
coś przede mną ukrywają.
Nagle otworzyły się główne drzwi, a przez nie przeszedł
Harnoldus, najwyraźniej wracając do komnaty.
– Powiedziałeś jej? – rzekł staruszek, wpatrując się w
chłopaka.
Odwróciłam się i spojrzałam na przyjaciela.
– Co miałeś mi powiedzieć?
Max popatrzył na Frenleya, a potem na mnie.
– Samanta, twoi rodzice żyją – oznajmił wreszcie.
Nic więcej nie powiedziałam, tylko przytuliłam go.
Odnalazł ich.
1 – Witam! Witam moją przybyszkę!
2- Główny Pokój
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Jeżeli chcesz zreklamować swojego bloga, zapraszam do zakładki SPAM, wszelkie komentarze takiego typu pod postami USUWAM.