Prawie zemdlałam na wieść,
że ktoś czyhał na moje życie. W każdym razie wcale nie byłam zadowolona z tego,
że chcą mnie zabić.
– Ale co ja mam z tym
wspólnego? Przecież to była naturalna śmierć... – mamrotałam, szukając sensu w
tym, co przed chwilą usłyszałam od przyjaciela.
– Nie sądzę, skoro cię
szukają – rzucił Max. – Zapytam dziadka o więcej szczegółów, on jest bardziej
obeznany w takich sprawach niż ja.
Przez chwilę wpatrywałam
się w niego, szukając odpowiedzi na pytanie, które dręczyło mnie od zawsze. Czy
moi rodzice nadal żyli? Nie wiem, skąd ten wniosek, przypuszczam, że z
podświadomości. Coś mi podpowiadało, że jednak tak jest, że może Anilam
Namalam przetrzymywali moich rodziców.
– Przykro mi, musiałem ci
powiedzieć – uciął.
W sumie nie przejmowałam
się tym tak nadzwyczajnie. Bardziej bałam się tego, jak moja ciotka zareaguje
na to, kiedy Anilam Namalam spełni groźbę. Od razu zaczęłaby panikować
– zgłosiłaby wszystko na policję.
Zaśmiałam się w duchu. Przecież kogoś z magicznymi mocami nie da się złapać ot
tak. Potrzebna jest osoba, która dorównuje mu w zdolnościach i doświadczeniu.
Zwykła policja na niewiele się zda.
– Pomożesz mi? – Popatrzyłam
mu w oczy.
Gdybym tylko mogła,
napajałabym się tym widokiem, który otaczał nas wokoło, zamiast zajmowała się
takimi sprawami.
Max się uśmiechnął i objął
mnie w geście pocieszenia.
– A jak myślisz? – Próbował
mnie rozweselić, więc zaśmiałam się z nim, żeby myślał, że wszystko jest
dobrze.
* * *
Otworzyłam oczy, nie
rozumiejąc, gdzie się znajdowałam. Szare ściany przypominały mi coś, ale nie
pamiętałam co. Rozejrzałam się. Ciemna komoda, rzucające się w oczy białe
biurko, które w ogóle nie pasowało do wystroju pokoju, a na nim położona moja
szkolna torba. Byłam w swoim pokoju, ale nadal nie rozumiałam, jak to się stało.
Może Max mnie tutaj, hmm…
teleportował?
Nagle drzwi się otworzyły,
a zza nich wyłoniła się ciotka z tacą na rękach.
– Widzę że już się
obudziłaś – powiedziała, kładąc przygotowany posiłek na stoliku nocnym. –
Dobrze się czujesz?
– Co się stało? – zapytałam,
przyglądając się ciotce.
– Zasłabłaś w szkole i
zemdlałaś. Ale Max pomógł mi i przyprowadził cię do domu – odparła, siadając na
brzegu łóżka. – To bardzo dobry chłopak.
Czyli miałam rację, że
teleportował się ze mną z powrotem – ale do szkoły. Może źle na to zareagowałam
i zemdlałam?
– Nic mi nie jest,
naprawdę. – Próbowałam przekonać ją, że wszystko w porządku.
Tak naprawdę chciałam, żeby
sobie poszła...
– Nie wyglądasz za dobrze,
kochanie – stwierdziła.
– To tylko skutki tego, że
zemdlałam. Idę wziąć prysznic – odparłam i
podniosłam się z łóżka.
Ciotka nie stawiała oporu,
pokiwała głową i wyszła, zostawiając tacę z jedzeniem. Zauważyłam, że obok dwóch filiżanek leżała karteczka. Wzięłam ją
i przeczytałam:
Zemdlałaś podczas powrotu.
Wpadnę do Ciebie i pogadamy. Max
Jego „wpadanie” do mnie
polegało na tym, że teleportował się od razu do mojego pokoju, czasem nawet do
łazienki, bo niby były „komplikacje”. Ciotce oczywiście mówię, że wchodził
oknem – za nim mam schody przeciwpożarowe, więc unikam zbędnych pytań.
Weszłam do łazienki,
rozglądając się – zawsze taka sama. Nie wiem dlaczego, ale to moje ulubione
miejsce w domu. Zwykle przesiaduję tutaj i myślę o wielu rzeczach, nawet często
odrabiam prace domowe na blacie. Tutaj mogę się skupić i przemyśleć różne
sprawy.
Rozebrałam się i
popatrzyłam w lustro. To, co tam zauważyłam... nigdy bym nie pomyślała, że mam
siniaki na brzuchu w tak mocnym kolorze śliwki. Nie czułam żadnego bólu, kiedy
się lekko uderzyłam.
Teraz to mało istotne,
pomyślę o tym później, bo Max mógł pojawić się w każdej chwili – kto wie, czy
nawet nie w łazience. Wzięłam szybką kąpiel i wyszłam z pomieszczenia.
Kiedy wparowałam do pokoju,
zobaczyłam Maxa siedzącego na moim łóżku; przyglądał mi się. Sytuacja była dość
niezręczna, bo miałam na sobie tylko ręcznik. Mogłabym go posądzić o
napastowanie seksualne, bo patrzył się tak intensywnie na tę dość małą szmatkę,
jakby chciał, żeby ze mnie spadła.
Orientując się dosyć późno,
odwrócił wzrok.
– Przepraszam… – wymamrotał.
Wzięłam szybko przygotowane
ubrania na krześle, ciągle śledząc chłopaka, czy nie patrzył kątem oka.
Uciekłam z powrotem do łazienki i ubrałam się. Kiedy weszłam do pokoju, Max
rozglądał się po pomieszczeniu.
– Wiesz coś więcej? –
zapytałam, podając mu jedną z filiżanek z kawą.
– Anilam Namalam nie
wyjaśniło nam, dlaczego chcą cię zabić, jednak zaproponowało nam pewną ugodę.
Wiedzą, że przebywasz ze mną, więc chcą, żebyśmy im cię oddali jako trakt
porozumienia. Podsumowując, Anilam Namalam wypowiedziało nam
wojnę, jeżeli im cię nie oddamy, zaatakują nasze królestwo – oznajmił.
– Co zamierzacie zrobić? –
zapytałam, popijając kawę.
Wiedziałam, że nie pójdą na
ugodę i nie oddadzą mnie.
– Musimy przyjąć wyzwanie,
dlatego w najbliższym czasie opuścisz ten dom i szkołę.
Pokiwałam głową, dając do
zrozumienia, że zgodzę się na wszystko, byleby nie zginąć.
– Dlaczego zemdlałam
podczas powrotu z mojej podświadomości?
– No cóż… Każdy inaczej
reaguje na takiego typu podróże, a tobie akurat zdarzyło się zemdleć – odparł,
rozciągając się sennie i opadając na łóżko.
– Ale... – Próbowałam
wspomnieć mu o tych sińcach na brzuchu, jednak nie wiedziałam jak.
Jakby czytając mi w myślach
– bo pewnie tak było – Max odpowiedział:
– To też pewnie wskutek
całej podróży, zniknie po kilku godzinach.
O nic więcej nie pytałam.
Wpatrywałam się w swoje palce trzymające już pustą filiżankę.
– Chciałam przeprosić... –
zaczęłam, podziwiając paznokcie.
Chłopak podniósł się z
łóżka, patrząc na mnie jak na wariatkę.
– Za co?
– To wszystko przeze
mnie... ta cała wojna… To, że musisz się tak trudzić… – mamrotałam.
– Przestań być taka
samolubna – uciął, zaciskając usta w wąską linię. – Robię to, bo muszę. Jestem
zobowiązany wobec ciebie i mojej krainy.
– Nie mów, że zamierzasz
się teraz obijać.
Max się uśmiechnął
tajemniczo, nie wiadomo z jakiego powodu, i odparł:
– Nie mam nic do roboty.
Odpowiedź o podjęciu wojny jest dopiero szykowana, a mnie wyszkolono, więc nie
muszę siedzieć na tych smętnych posiedzeniach. – Opadł znowu na łóżko,
wpatrując się w sufit.
– Opowiedz mi o waszym
świecie. Kto w nim żyje, jak to się wszystko odbywa... – Położyłam się na
pościeli obok Maxa, również wpatrując się w sufit, zamykając oczy i czekając na
to, co powie przyjaciel.
– No więc... – zaczął. – W
krainie Namalam, bo tak się nazywa, żyją tylko i wyłącznie magicy. Coś
pokroju mnie – tłumaczył. – W sumie wszystkich jest nas sto sześćdziesiąt dwie
osoby, przy czym dwudziestu się dopiero szkoli. Najciekawsze jest to, że prawie
każdy wygląda bardzo młodo. – W moim umyśle pojawiła się nieliczna grupka
patrząca na mnie z oddala. – Czemu tak jest? Ponieważ w określonym wieku
przechodzimy inicjację Kiera, stajemy się nieśmiertelni i nie starzejemy się –
ucichł. – Coś w stylu wampirów, tylko że my nie mamy żądzy krwi i kłów.
Zaśmiałam się z trafnego
dowcipu.
– Mój dziadek wygląda na
dwanaście lat. Kiedy zwracam się do niego z szacunkiem, brzmi to komicznie,
uwierz. – Zaśmiał się. – Jest tylko jedna osoba, która wygląda naprawdę staro. Doliczyła
się już pięciuset dwóch lat i jest naszym mentorem, czy może nawet
przewodnikiem... Żyjemy tam w zgodzie i harmonii, nigdy się nie kłócąc. No,
może oprócz porachunków rodzinnych, ale zawsze wszystko wychodzi śmiesznie,
więc nie ma co o tym wspominać.
– A ludzie? Jacy są? – Przerzuciłam
się na bok, przyglądając się przyjacielowi.
Spojrzał na mnie z otwartymi
ustami, jakby chciał coś powiedzieć. W końcu uśmiechnął się i zaczął dalej
opowiadać:
– Nie ma ani jednej osoby,
która byłaby wredna wobec siebie. Oczywiście, to całkiem co innego niż na Ziemi,
więc dla ciebie mogę być wredny jak świnia, nie robiąc sobie nic z tego.
– A co z Grace...? –
zapytałam; zupełnie o niej zapomniałam.
Nie słyszałam o niej od
ostatniej kłótni, więc chętnie posłuchałabym, co u niej nowego.
– Grace, jak to ona, nie
przejmuje się niczym i próbuje cię obrobić za twoimi plecami. Ale nie przejmuj
się, nikt nie bierze jej na poważnie, odkąd się pokłóciłyście.
Po tych słowach do pokoju
wpadł Robert, najlepszy przyjaciel Maxa, cały zdyszany. Od razu zerwaliśmy się
na nogi, wyczuwając powagę sytuacji.
– Musimy iść, Frenley cię
potrzebuje. To bardzo ważne – wydusił, łapiąc powietrze.
– Kto to jest Frenley? –
zapytałam, próbując zatrzymać jeszcze przyjaciół, oczekując na odpowiedź.
Max już szykował się do
teleportowania wraz z przyjacielem.
– To mój mentor. Zobaczymy
się jutro w szkole, cześć. – I znikł.
Ale co wspólnego miał z tym
Robert? I skoro kraina Namalam znajdowała się w innym wymiarze, skąd
jego przyjaciel wiedział, że mentor go potrzebował?
* * *
Dziękuje bardzo Nearyh za zbetowanie tekstu. betowanie.blogspot.com !
Post dodałabym wcześniej, gdyby nie oczekiwanie na poprawienie tekstu.
Do następnego razu!
Szaragda.