piątek, 27 września 2013

Rozdział 6


Przyjaciel odwrócił się do mnie plecami, uwalniając się z uścisku.
– Czy coś się stało? – zapytałam zdezorientowana.
Oczywiście, że się stało. A jak myślisz, po co teraz tutaj jesteś i ze mną rozmawiasz?
Nie odpowiedziałam. Słyszałam w jego głosie nutkę smutku pomieszanego z wściekłością. Ale na kogo był zły?
– Posłuchaj... – zaczął, odwracając się w moim kierunku. – Sprawa jest dosyć poważna, więc proszę, nie przeszkadzaj mi, kiedy będę mówić.
Kiwnęłam głową.
– Twoi rodzice żyją, owszem. Ale dowiedzieliśmy się czegoś o ich przeszłości.
Chciałam zasypać go gradem pytań, jednak się powstrzymałam.
Powiem ci to wprost, bo nie chcę cię oszukiwać. – Spojrzał mi w oczy. – Twoi rodzie byli – i dalej są – zwierzchnikami Anilam Namalam.
– To znaczy?
Urodziłaś się w Anilam Namalam, należysz do odrębnego świata. To tak, jakbyś była naszym wrogiem.
Max, nie strasz aż tak bardzo naszego gościa – powiedział Haroldus. Jego szata ciągnęła się za nim, ciągnąc w rytmie kroków.
Powinna się dowiedzieć, Frenley – odezwał się niespodziewanie Robert.
Jak najbardziej, ale nie w taki sposób, jak pokazał jej to Max – powiedział. – Samanta jest teraz naszym kluczowym elementem, Anilam Namalam w końcu będą chcieli ją nam wykraść, co za pewne będzie oznaczało, że zaatakują pałac.
Jaki z tego pożytek, że ją tutaj przetrzymamy? – zapytał oburzony Max.
Z tego, że możemy przewidzieć ich ruchy. – Uśmiechnął się Frenley pod nosem. – Na początek na pewno wyślą do nas czarownice, które zaatakują z lotu ptaka. Pamiętasz atak sprzed lat? Raczej nie zmieną taktyki.
Tak! – W oczach przyjaciela mogłam dostrzec iskierki podekscytowania.
Potem naślą na nas Anioły, a na koniec, samych wyszkolonych magików.
Brawo, chłopcze! Jestem z ciebie dumny! – Uśmiechnął się promiennie staruszek, klepiąc przy tym przyjacielsko Maxa w plecy. – Ale nie mamy czasu na takie rozmowy. Pierwszy atak przewidziany jest za niedługo.
Trzeba tak długo czekać? – zapytałam, przyglądając się twarzom towarzyszy.
– Oczywiście, dla nas tym lepiej, że będziemy mogli się przygotować – odparł Robert.
Spojrzałam na Roberta. Wydawał się być tak niewzruszony całą sytuacją. Ciągle wpatrywał się albo w drzwi – jakby czekając na kogoś – albo w podłogę. Raz na jakiś czas potakiwał głową i powiedział coś w całej rozmowie, ale na tym koniec.
– Dobrze. – Haroldus uśmiechnął się i spojrzał na Maxa. – Może oprowadzisz Samantę po pałacu?
Przyjaciel spojrzał na mnie z wahaniem, i ruszył w kierunku wyjścia, wskazując palcem, żebym za nim poszła.
Milczeliśmy przez jakiś czas.
Ominęliśmy dużą salę, która miała kształt prostokąta, a okna były w stylu gotyckim, których widok wychodził na przód pałacu. Cała ściana była udekorowana i pozłacana, na suficie zaś wisiał ogromny żyrandol w kształcie spodka. W pomieszczeniu znajdował się jeden, wielki stół, a przy nim krzesła, które wyglądały jak anioły.
Nazwałeś mnie swoim wrogiem – powiedziałam, przerywając tą niezręczną ciszę.
Max odwrócił się w moim kierunku, zatrzymując się przed ogromnymi drzwiami. Oczywiście, nie wiedziałam, co się za nimi kryło – moja znajomość tego pałacu była równa zeru.
Wiesz, że nie o to mi chodziło... – Zacisnął zęby. – Rzecz ujmując, urodziłaś się po tamtej stronie, ale nie jesteś jakimkolwiek zagrożeniem. Nie umiesz niczego, co mogło by nam zaszkodzić.
– Mówisz to, jakbym była jakimś potworem.
Przyjaciel popatrzył na mnie, nie komentując tego, co przed chwilą powiedziałam.
Możemy o tym nie rozmawiać? – zapytał. – Nie mam ochoty o tym mówić.
– Dobrze – powiedziałam. – A powiesz mi.. co łączy cię z Frenleyem?
Towarzysz spojrzał na mnie dziwnym wyrazem twarzy.
To mój dziadek – powiedział po chwilowym zastanowieniu. – Ale nie musisz wszystkim tego mówić. W końcu przyjdzie czas, że ktoś zechce zasiąść stanowiska Haroldusa, i gdyby wiedzieli, że to ja, chcieliby mnie zabić. Ale jak na razie, Frenley nie abdykuje, mam taką nadzieję.
– Obiecuję, że nikomu nie powiem.
Kilka minut później znalazłam się w pomieszczeniu, które miało być moim pokojem, a wnętrze okazało się być bardzo dopasowane do gustu. Ogromna komoda, a obok nocny stolik, mała toaletka, białe, wielkie łóżko z baldachimem – a na nim stos poduszek. Ściany wytapetowane były w różne dziwne wzroki. I jedno, gigantyczne okno, które wychodziło na tyły pałacu. Za zamkiem znajdował się rozległy ogród, a w nim wszystkie możliwe gatunki kwiatów. Poprzez begonie aż do lilii. Rośliny przybierały różne kolory i kształty, nie które były duże i sięgały do drugiego piętra pałacu, a jeszcze inne małe, które ledwo było widać.
Z transu wybudziła mnie Clara, wchodząc do pomieszczenia. Ubrana była w białą, luźną sukienke, a włosy zręcznie upięła w koka. Max zdążył wyjść, zanim się spostrzegłam.
– I jak? Podoba ci się tutaj? – Clara usiadła na łóżku.
– Tak, bardzo – powiedziałam.
Nie przejmuj się Maxem ani całą tą wojną. Twoje zadanie to bycie wyłącznie tutaj. – Dziewczyna rozejrzała się po pokoju, wymachując nogami.
Powiesz mi... – zawahałam się – kim ja w ogóle jestem?
Clara popatrzyła się na mnie dziwnie. Miała długie, rude włosy, które zawsze spinała w warkocza lub koka, i szmaragdowe oczy. Ale to nie wygląd był tu najważniejszy. W szkole broniła słabszych i pomagała innym, łatwo można zauważyć, że nie myślała tylko o sobie.
No cóż... – zawahała się. Założyła ręce na piersi i westchnęła. – Owszem, jesteś córką łączników, ale to nie czyni cię złą. To nie twoja wina, że akurat należysz do takiego kraju. Jestem pewna, że nawet nie będziesz chciała spotkać się ze swoimi biologicznymi rodzicami, skoro już wiesz, że żyją w Anilam Namalam.
I tutaj się myliła. Nadal chcę ich poznać, nie zważając uwagi na to, że są po tej złej stronie, w Anilam Namalam. Frenley na pewno mnie zrozumie, ale inni? Clara, Max, Robert – czy mi wybaczą  tak samolubne zachcianki?
Clara znowu westchnęła.
Wiem, że chcesz się z nimi spotkać, ale nie teraz, rozumiesz? – powiedziała. – Haroldus będzie próbował wyszkolić cię na wojowniczkę Namalam. 
Przecież Max się z tym nie zgodzi,, nie pozwoli – Wstałam chodząc w tę i we w tę, wyłamując przy tym palce. – Wiesz, jaki on jest. 
Max nie wiele ma w tej kwestii do powiedzenia. Może i jest twoim opiekunem tutaj, ale jego zdanie nie będzie aż tak znaczące. Znajduje się tutaj rada, i oni o wszystkim decydują.
Czy Haroldus także do niej należy? – zapytałam.
Oczywiście, on tym wszystkim zarządza. – Uśmiechnęła się. Jest tak jakby głową Namalam, coś jakby królem. Tylko tutaj obowiązują inne przepisy i porządki niż w normalnym świecie.
Co będę tutaj robić? Wy będziecie coś załatwiać, a nie chcę za wami chodzić jak bezpański pies.
Clara klasnęła w ręce i w tym samym momencie do pokoju weszła młoda kobieta, która wyglądała na młodszą ode mnie.
To jest Lana, krawcowa. Ma sześćdziesiąt cztery lata, może wcale na tyle nie wygląda, ale uwierz mi na słowo. Pomoże ci się ubrać. Nasze czasy są zbliżone do europejskiego średniowiecza.
Lana pokiwała głową z uśmiechem i podeszła do mnie. Zaczęła mnie mierzyć. To wszystko wydawało mi się bardzo zabawne, bo przecież mamy dwudziesty pierwszy wiek, a każą nam się ubierać jak dworskie panienki.
A co do twojego wcześniejszego pytania – kontynuowała dalej rudowłosa – to będziesz mieć prywatnego nauczyciela, który będzie uczył cię całkiem nowych rzeczy, więc nie wiem, czy dasz radę. Później, od dwunastej trzydzieści, będziesz uczyć się walki razem z Maxem, o szesnastej zaś masz zajęcia ze mną – od pokazania ci twoich możliwości do samego wypowiedzenia zaklęć.
Ile to będzie trwało? – zapytałam, ignorując mocny uścisk w brzuchu spowodowany przez miarkę.
Nie więcej, jak pięć miesięcy. Samo wyszkolenie nic nie da, będziesz musiała popracować nad techniką i trochę popraktykować – odpowiedziała.
Westchnęłam. Jeżeli to ma doprowadzić mnie do spotkania z rodzicami i do uratowania Namalam przed zagładą, to zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nauczyć się jak najwięcej.


*~*~*

Tekst poprawiony przez Katja

wtorek, 13 sierpnia 2013

Rozdział 5

Jak można się czuć, kiedy inni wpatrują się w ciebie, jakby niczego innego poza tobą nie było? Jakbyś był chodzącym arcydziełem, stworzony do tego, by inni cię podziwiali... Odpowiem, że wcale nie będzie tak przyjemnie, jak by się zdawało. Dzisiejszy dzień w szkole nie okazał  się zbyt przyjemny pod względem tego całego wpatrywania się w moją osobę. Jakby uczniowie i wszyscy wokół myśleli, że zrobiłam coś złego. Ale nie uczyniłam niczego okropnego, przynajmniej tak sądzę...
– Panno Hovercraft? – usłyszałam głos pani profesor. Czyżby nagle straciła ochotę na prowadzenie i tak już nikogo nie interesującej lekcji? Rzadko takie coś się zdarza, co zauważyłam po reakcji uczniów; wyprostowanie się i wpatrywanie się z zaciekawieniem w tablicę. – Czy dobrze się czujesz?
– Tak - rzekłam.
Pani Bunch pokiwała głową i położyła dłonie na biodrach. Nie wyglądała na zadowoloną... Może zauważyła, że nikt nie słucha jej wykładu?
– Clara, idź z nią do łazienki, kobietka coś mnie oszukuje – zwróciła się do niskiej, rudej dziewczyny.
– Ale proszę pani! – krzyknęłam. – Czuję się bardzo dobrze, nie wiem skąd przypuszczenie, że jest inaczej...
Nauczycielka popatrzyła na mnie z politowaniem i wskazała palcem drzwi. Nie chciałam robić problemów, więc wyszłam, a za mną ruda dziewczyna. Przynajmniej nie musiałam siedzieć na tej smętnej lekcji i denerwować się przez wszystkie spojrzenia kierowane w moją stronę.
Dziewczyna podeszła do mnie z uśmiechem.
– Cześć, jestem Clara Appleton, miło mi cię poznać. – Podała rękę w geście przywitania i chwyciła mnie pod ramię, prowadząc w kierunku łazienki. – Chciałam z tobą porozmawiać...
Popatrzyłam na nią ze zdziwieniem. Dziewczyna była totalnie nieśmiała, przynajmniej z tego, co wiedziałam, a tu tak nagle bez skrępowania chwyciła mnie pod ramię i naturalnie ze mną rozmawiała? Coś tutaj jest nie tak... Te wszystkie spojrzenia, pewna siebie Clara...
– O czym? – zapytałam, nadal wpatrując się w koleżankę ze szkoły.
– Dowiesz się, kiedy dotrzemy na miejsce – odparła, po czym pociągnęła mnie w stronę kantorka sprzątającego.
– Ej! Ale co ty robisz? Gdzie mnie zabierasz? – Próbowałam wyrwać się z jej uścisku. Clara była nadzwyczajnie silna i nie dała mi się uwolnić.
– Nie bój się, to dla twojego bezpieczeństwa.
Zaczynało kręcić mi się w głowie... Zamknęłam oczy, czekając na ruch dziewczyny. Może jest jedną z Anilam Namalam?
– Nie jestem jedną z nich, należę do Namalam. – Uśmiechnęła się.
Czyta mi w myślach. Jak Max... To jedna czarodziejka z krainy mojego przyjaciela. Że wcześniej się nie kapnęłam... Pani profesor nigdy wcześnie się tak nie zachowywała, a co dopiero cała szkoła; Clara zmanipulowała nimi, żeby jakoś wymsknąć się ze szkoły.
– Jesteśmy na miejscu, możesz otworzyć oczy. – Wykonałam jej polecenie i zauważyłam, że jesteśmy w moim pokoju. Rudowłosa usiadła na krześle i rozglądnęła się po pomieszczeniu, zupełnie jak Max.
– Czemu się tutaj teleportowałyśmy? – zapytałam. – I najważniejsze pytanie: po co?
– No cóż... Jesteśmy w trudnej sytuacji, a mnie przydzielono do ochrony ciebie – odparła. – No wiesz... przed tą całą wojną i ludźmi, którzy chcą cię zabić.
Wpatrywałam się w dziewczynę, nadal nic nie rozumiejąc.
– Czy to takie trudne? Musiałyśmy opuścić szkołę, ponieważ wyjeżdżasz do krainy Namalam. Max chyba cię o tym informował. – Spojrzała na mnie, najwyraźniej wkurzona zadawanymi przeze mnie pytaniami. – Spakuj się, za ten czas muszę skopiować twoją osobę, żeby nikt się nie skapnął, że cię nie ma.
Znieruchomiałam. A czy...?
–Nie w sensie, że chcę cię kimś zastąpić a ciebie zabić... Dziewczyno, zastanów się, o czym myślisz – przerwała mi. – Muszę to zrobić, żeby, no... na przykład twoja ciotka nie martwiła się o ciebie. Będziesz nadal chodziła do szkoły, zajmowała się codziennymi obowiązkami... coś w tym stylu. Rozumiesz?
Pokiwałam głową i zaczęłam się pakować.

* * *

Wpatrywałam się w osobę, która wyglądała zupełnie jak ja. Mogłam jej dotknąć, porozmawiać z nią – jakbym obserwowała swoje życie.
– Dobra, wszystko już załatwione? – rzekła dziewczyna. Spojrzałam na całą rozpromienioną Clarę. Nastolatka  trzymała moje torby, zupełnie nie przejmując się ich wagą.
– Tak, możemy się już... teleportować? – Wzruszyłam ramionami i stanęłam obok rudowłosej. Clara chwyciła mnie pod ramię, tak jak wcześniej. Znowu zaczęło kręcić mi się w głowie. Tym razem nie zamknęłam oczu.
Nagle błysnęło mi przed oczami i znalazłyśmy się na miejscu.
Nie wiem, czego oczekiwałam po samym wyglądzie krainy Namalam. Może zwykłego, codziennego miasta? No cóż, zawiodłam się...
Wszystko wyglądało jakby wyjęte z bardzo dawnych czasów. Zamek na wzgórzu, a wokół niego ogromne, porośnięte lasy. Działki, na których budowano kamienice, krótszą ścianą wychodzące na ulice.. Z daleka widać mur obronny, który rozciągał się wokół całego miasteczka. Za nim było ogrom łąk. No i to świeże powietrze!
– Jesteśmy w Namalam – podsumowała Clara i ruszyła w stronę dwóch wielkich drzew. Poszłam za nią, niepewnym krokiem.
Za nimi chowały się dwa białe konie. Na ich widok uśmiechnęłam się szeroko. Podbiegłam do jednego, który wokół oka miał brązową plamę. Clara dosiadła jednego, czekając, aż ja zrobię to samo z drugim, po czym ruszyłyśmy w stronę miasteczka.

* * *

Max miał rację. Wszyscy tutaj wyglądali tak młodo. Niektórzy w moim wieku albo młodsi. Widok, kiedy dwunastoletnia dziewczyna trzyma niemowlaka na rękach i je karmi... Może lepiej nie będę do tego powracać.
Wszyscy mi się przyglądali, zupełnie jak w szkole. Tylko może trochę cieplej, z uśmiechami na twarzach. Machali rękami, sypali w naszym kierunku kwiaty... Czy tak reagują na osobę, która jest przyczyną wywołania wojny?
– Może to wydaje ci się dziwne, ale u nas ludzie są życzliwi – powiedziała rudowłosa. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam dalej, nie zwracając już uwagi na miejscową ludność.

* * *

Weszłyśmy do środka zamku. Z tego, czego się dowiedziałam, twierdza nazywa się Palatio Sensuum, inaczej Pałac Zmysłów, bądź czasem Palatio Margaritis, czyli Pałac Perły. Wyglądała dosyć skromnie jak na główne miejsce w tej krainie. Cała budowa wykonana jest z wapnia. Dość okrągła z jedną, niewidoczną wierzą.    
– Salve! Salve mi blattam!1– rozbrzmiał ciężki, stary głos. Przede mną ukazał się staruszek z długą, białą brodą, odziany w czarną szatę.
– Czy on mówi w naszym języku? – zapytałam Clarę, która stała, a raczej klęczała obok mnie.
– Oczywiście, moja droga – uśmiechnął się staruszek. – Znam wszystkie języki świata, ale łacina to nasza ojczysta mowa. – Machnął ręką i rudowłosa natychmiast się wyprostowała. – Jestem Haroldus Frenley, a ty to pewnie panna Samanta Hovercraft. – Pokiwałam twierdząco głową. – Bardzo miło nam  u siebie gościć  twoją osobę. Pozwolisz, że sam zaprowadzę cię do Principalis Locus?2
– Oczywiście. – Przytaknęłam i ruszyłam za staruszkiem. Clara została w tyle, lecz kiedy się odwróciłam, uśmiechała się do mnie zachęcająco.
Haroldus stanął przed wielkimi drzwiami i zacisnął rękę w pięść, po czym wymamrotał coś pod nosem. Na jego komendę wrota się otworzyły i znaleźliśmy się w pomieszczeniu. Wnętrze było bardzo wysokie, na ścianach znajdowały się ogromne i duże okna w stylu gotyckim. Na podłodze rozciągał się czarny dywan, a na końcu lokum mieścił się szeroki i masywny stół. Przed nim stali Max z Robertem, ubrani w podobną szatę do tej, którą nosił Haroldus, lecz skromniejsząs.
Oto nasza współlokatorka  – oznajmił Frenley.
Tak jest! – odparli naraz.
Staruszek podszedł do Maxa i Roberta, mrucząc coś pod nosem.
Zaopiekujcie się nią i wytłumaczcie jej, o co w tym wszystkim chodzi– oświadczył Haroldus, po czym zniknął z pomieszczenia. Czemu zrozumiałam to, co powiedział? Czyżbym znała łacinę? Nie wydaje mi się możliwe, że te jego mruknięcia to wypowiedziane zaklęcie.
– Max? Czemu rozmawiasz z Haroldusem w języku łacińskim? Przecież on zna nasz język - burknęłam i podeszłam do przyjaciół.
– Z przyzwyczajenia. - chrząknął. Popatrzył na Roberta, a ten pokiwał głową. Nie zrozumiałam, o co im chodzi, oni sami nie chcieli mi powiedzieć, więc nie wnikałam w szczegóły.
Popatrzyłam na mojego drugiego przyjaciela. Chłopak wyglądał dość dziwnie, ale nie to przykuło moją uwagę. Czemu wygląda tak jak Max? Zdawało mi się, że jest człowiekiem.
– Przeszedłem inicjację Kiera. Jestem teraz jednym z nich – mruknął. Teraz przeniosłam spojrzenie na Maxa.
– Czemu mi nie powiedziałeś? Może ja też bym mogła... – dodałam.
– Nie – oznajmił. – Nie mogę dopuścić, byś się tak przeciążyła. To bardzo ważna wojna, a gdybyś walczyła z nami, Anilam Namalam wykradłoby nam cię.
Opuściłam głowę. Zerknęłam na rękę Maxa, była cała posiniaczona.
– Co ci się stało? – jęknęłam.
– Nic, to mało ważne – odparł. – Chcieliśmy ci powiedzieć, jak by wyglądał twój pobyt u nas. – Uśmiechnął się sztucznie. – Przez najbliższe dwa tygodnie pozostaniesz  tutaj, w tym zamku. Nadal będziesz się uczyć, tak jak w szkole. No... codzienne duperele.
– Podczas kiedy my będziemy bronić Namalam, ty zostaniesz tutaj, w tym zamku. Zrozumiałaś? -  Robert najwyraźniej chciał się upewnić, że przyjęłam do wiadomości.
– Tak... – odmruknęłam.
Zapadła cisza. Wpatrywałam się w Maxa i Roberta; czułam, że coś przede mną ukrywają.
Nagle otworzyły się główne drzwi, a przez nie przeszedł Harnoldus, najwyraźniej wracając do komnaty.
– Powiedziałeś jej? – rzekł staruszek, wpatrując się w chłopaka.
Odwróciłam się i spojrzałam na przyjaciela.
– Co miałeś mi powiedzieć?
Max popatrzył na Frenleya, a potem na mnie.
– Samanta, twoi rodzice żyją – oznajmił wreszcie.
Nic więcej nie powiedziałam, tylko przytuliłam go.
Odnalazł ich.


1 – Witam! Witam moją przybyszkę!
2-  Główny  Pokój



Bardzo dziękuje Katji za poprawienie tekstu. Więcej informacji

niedziela, 21 lipca 2013

Rozdział 4

Prawie zemdlałam na wieść, że ktoś czyhał na moje życie. W każdym razie wcale nie byłam zadowolona z tego, że chcą mnie zabić.
– Ale co ja mam z tym wspólnego? Przecież to była naturalna śmierć... – mamrotałam, szukając sensu w tym, co przed chwilą usłyszałam od przyjaciela.
– Nie sądzę, skoro cię szukają – rzucił Max. – Zapytam dziadka o więcej szczegółów, on jest bardziej obeznany w takich sprawach niż ja.
Przez chwilę wpatrywałam się w niego, szukając odpowiedzi na pytanie, które dręczyło mnie od zawsze. Czy moi rodzice nadal żyli? Nie wiem, skąd ten wniosek, przypuszczam, że z podświadomości. Coś mi podpowiadało, że jednak tak jest, że może Anilam Namalam przetrzymywali moich rodziców.
– Przykro mi, musiałem ci powiedzieć – uciął.
W sumie nie przejmowałam się tym tak nadzwyczajnie. Bardziej bałam się tego, jak moja ciotka zareaguje na to, kiedy Anilam Namalam spełni groźbę. Od razu zaczęłaby panikować –  zgłosiłaby wszystko na policję. Zaśmiałam się w duchu. Przecież kogoś z magicznymi mocami nie da się złapać ot tak. Potrzebna jest osoba, która dorównuje mu w zdolnościach i doświadczeniu. Zwykła policja na niewiele się zda.
– Pomożesz mi? – Popatrzyłam mu w oczy.
Gdybym tylko mogła, napajałabym się tym widokiem, który otaczał nas wokoło, zamiast zajmowała się takimi sprawami.
Max się uśmiechnął i objął mnie w geście pocieszenia.
– A jak myślisz? – Próbował mnie rozweselić, więc zaśmiałam się z nim, żeby myślał, że wszystko jest dobrze.


* * *


Otworzyłam oczy, nie rozumiejąc, gdzie się znajdowałam. Szare ściany przypominały mi coś, ale nie pamiętałam co. Rozejrzałam się. Ciemna komoda, rzucające się w oczy białe biurko, które w ogóle nie pasowało do wystroju pokoju, a na nim położona moja szkolna torba. Byłam w swoim pokoju, ale nadal nie rozumiałam, jak to się stało.
Może Max mnie tutaj, hmm… teleportował?
Nagle drzwi się otworzyły, a zza nich wyłoniła się ciotka z tacą na rękach.
– Widzę że już się obudziłaś – powiedziała, kładąc przygotowany posiłek na stoliku nocnym. – Dobrze się czujesz?
– Co się stało? – zapytałam, przyglądając się ciotce.
– Zasłabłaś w szkole i zemdlałaś. Ale Max pomógł mi i przyprowadził cię do domu – odparła, siadając na brzegu łóżka. – To bardzo dobry chłopak.
Czyli miałam rację, że teleportował się ze mną z powrotem – ale do szkoły. Może źle na to zareagowałam i zemdlałam?
– Nic mi nie jest, naprawdę. – Próbowałam przekonać ją, że wszystko w porządku.
Tak naprawdę chciałam, żeby sobie poszła...
– Nie wyglądasz za dobrze, kochanie – stwierdziła.
– To tylko skutki tego, że zemdlałam. Idę wziąć prysznic – odparłam i  podniosłam się z łóżka.
Ciotka nie stawiała oporu, pokiwała głową i wyszła, zostawiając tacę z jedzeniem. Zauważyłam, że obok  dwóch filiżanek leżała karteczka. Wzięłam ją i przeczytałam:
Zemdlałaś podczas powrotu. Wpadnę do Ciebie i pogadamy. Max
Jego „wpadanie” do mnie polegało na tym, że teleportował się od razu do mojego pokoju, czasem nawet do łazienki, bo niby były „komplikacje”. Ciotce oczywiście mówię, że wchodził oknem – za nim mam schody przeciwpożarowe, więc unikam zbędnych pytań.
Weszłam do łazienki, rozglądając się – zawsze taka sama. Nie wiem dlaczego, ale to moje ulubione miejsce w domu. Zwykle przesiaduję tutaj i myślę o wielu rzeczach, nawet często odrabiam prace domowe na blacie. Tutaj mogę się skupić i przemyśleć różne sprawy.
Rozebrałam się i popatrzyłam w lustro. To, co tam zauważyłam... nigdy bym nie pomyślała, że mam siniaki na brzuchu w tak mocnym kolorze śliwki. Nie czułam żadnego bólu, kiedy się lekko uderzyłam.
Teraz to mało istotne, pomyślę o tym później, bo Max mógł pojawić się w każdej chwili – kto wie, czy nawet nie w łazience. Wzięłam szybką kąpiel i wyszłam z pomieszczenia.
Kiedy wparowałam do pokoju, zobaczyłam Maxa siedzącego na moim łóżku; przyglądał mi się. Sytuacja była dość niezręczna, bo miałam na sobie tylko ręcznik. Mogłabym go posądzić o napastowanie seksualne, bo patrzył się tak intensywnie na tę dość małą szmatkę, jakby chciał, żeby ze mnie spadła.
Orientując się dosyć późno, odwrócił wzrok.
– Przepraszam… – wymamrotał.
Wzięłam szybko przygotowane ubrania na krześle, ciągle śledząc chłopaka, czy nie patrzył kątem oka. Uciekłam z powrotem do łazienki i ubrałam się. Kiedy weszłam do pokoju, Max rozglądał się po pomieszczeniu.
– Wiesz coś więcej? – zapytałam, podając mu jedną z filiżanek z kawą.
Anilam Namalam nie wyjaśniło nam, dlaczego chcą cię zabić, jednak zaproponowało nam pewną ugodę. Wiedzą, że przebywasz ze mną, więc chcą, żebyśmy im cię oddali jako trakt porozumienia. Podsumowując, Anilam Namalam wypowiedziało nam wojnę, jeżeli im cię nie oddamy, zaatakują nasze królestwo – oznajmił.
– Co zamierzacie zrobić? – zapytałam, popijając kawę.
Wiedziałam, że nie pójdą na ugodę i nie oddadzą mnie.
– Musimy przyjąć wyzwanie, dlatego w najbliższym czasie opuścisz ten dom i szkołę.
Pokiwałam głową, dając do zrozumienia, że zgodzę się na wszystko, byleby nie zginąć.
– Dlaczego zemdlałam podczas powrotu z mojej podświadomości?
– No cóż… Każdy inaczej reaguje na takiego typu podróże, a tobie akurat zdarzyło się zemdleć – odparł, rozciągając się sennie i opadając na łóżko.
– Ale... – Próbowałam wspomnieć mu o tych sińcach na brzuchu, jednak nie wiedziałam jak.
Jakby czytając mi w myślach – bo pewnie tak było – Max odpowiedział:
– To też pewnie wskutek całej podróży, zniknie po kilku godzinach.
O nic więcej nie pytałam. Wpatrywałam się w swoje palce trzymające już pustą filiżankę.
– Chciałam przeprosić... – zaczęłam, podziwiając paznokcie.
Chłopak podniósł się z łóżka, patrząc na mnie jak na wariatkę.
– Za co?
– To wszystko przeze mnie... ta cała wojna… To, że musisz się tak trudzić… – mamrotałam.
– Przestań być taka samolubna – uciął, zaciskając usta w wąską linię. – Robię to, bo muszę. Jestem zobowiązany wobec ciebie i mojej krainy.
– Nie mów, że zamierzasz się teraz obijać.
Max się uśmiechnął tajemniczo, nie wiadomo z jakiego powodu, i odparł:
– Nie mam nic do roboty. Odpowiedź o podjęciu wojny jest dopiero szykowana, a mnie wyszkolono, więc nie muszę siedzieć na tych smętnych posiedzeniach. – Opadł znowu na łóżko, wpatrując się w sufit.
– Opowiedz mi o waszym świecie. Kto w nim żyje, jak to się wszystko odbywa... – Położyłam się na pościeli obok Maxa, również wpatrując się w sufit, zamykając oczy i czekając na to, co powie przyjaciel.
– No więc... – zaczął. – W krainie Namalam, bo tak się nazywa, żyją tylko i wyłącznie magicy. Coś pokroju mnie – tłumaczył. – W sumie wszystkich jest nas sto sześćdziesiąt dwie osoby, przy czym dwudziestu się dopiero szkoli. Najciekawsze jest to, że prawie każdy wygląda bardzo młodo. – W moim umyśle pojawiła się nieliczna grupka patrząca na mnie z oddala. – Czemu tak jest? Ponieważ w określonym wieku przechodzimy inicjację Kiera, stajemy się nieśmiertelni i nie starzejemy się – ucichł. – Coś w stylu wampirów, tylko że my nie mamy żądzy krwi i kłów.
Zaśmiałam się z trafnego dowcipu.
– Mój dziadek wygląda na dwanaście lat. Kiedy zwracam się do niego z szacunkiem, brzmi to komicznie, uwierz. – Zaśmiał się. – Jest tylko jedna osoba, która wygląda naprawdę staro. Doliczyła się już pięciuset dwóch lat i jest naszym mentorem, czy może nawet przewodnikiem... Żyjemy tam w zgodzie i harmonii, nigdy się nie kłócąc. No, może oprócz porachunków rodzinnych, ale zawsze wszystko wychodzi śmiesznie, więc nie ma co o tym wspominać.
– A ludzie? Jacy są? – Przerzuciłam się na bok, przyglądając się przyjacielowi.
Spojrzał na mnie z otwartymi ustami, jakby chciał coś powiedzieć. W końcu uśmiechnął się i zaczął dalej opowiadać:
– Nie ma ani jednej osoby, która byłaby wredna wobec siebie. Oczywiście, to całkiem co innego niż na Ziemi, więc dla ciebie mogę być wredny jak świnia, nie robiąc sobie nic z tego.
– A co z Grace...? – zapytałam; zupełnie o niej zapomniałam.
Nie słyszałam o niej od ostatniej kłótni, więc chętnie posłuchałabym, co u niej nowego.
– Grace, jak to ona, nie przejmuje się niczym i próbuje cię obrobić za twoimi plecami. Ale nie przejmuj się, nikt nie bierze jej na poważnie, odkąd się pokłóciłyście.
Po tych słowach do pokoju wpadł Robert, najlepszy przyjaciel Maxa, cały zdyszany. Od razu zerwaliśmy się na nogi, wyczuwając powagę sytuacji.
– Musimy iść, Frenley cię potrzebuje. To bardzo ważne – wydusił, łapiąc powietrze.
– Kto to jest Frenley? – zapytałam, próbując zatrzymać jeszcze przyjaciół, oczekując na odpowiedź.
Max już szykował się do teleportowania wraz z przyjacielem.
– To mój mentor. Zobaczymy się jutro w szkole, cześć. – I znikł.

Ale co wspólnego miał z tym Robert? I skoro kraina Namalam znajdowała się w innym wymiarze, skąd jego przyjaciel wiedział, że mentor go potrzebował? 

* * *

Dziękuje bardzo Nearyh za zbetowanie tekstu. betowanie.blogspot.com !
Post dodałabym wcześniej, gdyby nie oczekiwanie na poprawienie tekstu. 
Do następnego razu! 
Szaragda. 

sobota, 20 lipca 2013

Liebster Award

 Dostałam nominację od Pani Kate. Dziękuje, chociaż nie wiem za co. 
Nominuję tylko 2 osoby, i zadaje tylko 6 pytań, z powodu braku czasu. Jestem tylko 30 minut dziennie na komputerze do 22.07.
Czasami mogę się pobawić w taką grę.

1. Jaki masz kolor oczu?
~Niebiesko-szare,

2. Ulubiony kolor? 
~Niebieski, żółty.

3. Jakiej muzyki słuchasz? 
~W zależności, czy mi się podoba. Ale bardziej Pop.

4. Ulubiony zespół/wykonawca?
~Lana Del Rey, Florence and The Machine, Biffy Clyro - Love! <3

5. Jaki masz kolor włosów?
~Jestem brunetką.

6. Ile masz lat?
~Nieważne. 

7. Ulubione zwierzę?
~Koala.

8. Ulubiona książka?
~Seria "Pośredniczka" Meg Cabot. 

9. Jakie książki lubisz czytać najbardziej?
~Fantasy, Detektywistyczne, Młodzieżowe, Psychologiczne 

10. Ulubiony/a pisarz/pisarka? 
~Chris Wooding, J.K.Rowling

11. Ulubiony film lub piosenka?
~Young And Beautiful - Lany Del Rey i Howl - Florence and The Machine

Nominuję: 


Moje  pytania:

1. Co Cię zainspirowało żeby zacząć pisać?
2. Jakie książki polecasz?
3. Ulubiony rodzaj muzyki?
4. Ulubiony/a pisarz/pisarka?
5. Bez kogo nie możesz żyć?
6. Twoje imię?





wtorek, 2 lipca 2013

Rozdział 3

 Nie wiem czy dalej mam prowadzić tego bloga, no cóż, będę dalej próbowała o zyskanie czytelników.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

 Siedziałam przez trzy lekcje nie odzywając się do nikogo. W końcu musiałam jakoś zainterweniować, bo uważali by że jestem jakąś rozkapryszoną panienką która obraża się na przyjaciółkę i na wszystkich. Wszyscy mi "współczuli" kłótni z Grace, a w myślach na pewno mieli obraz dwóch idiotek które nie umieją się pogodzić. Sens w tym, że nie mam zamiaru godzić się z Grace. Podobno już wmawia innym, że obrabiałam ją cały czas z tyłu i udawałam psiapsiółę.
- Coś się stało? - obudził mnie z moich rozmyśleń najlepszy przyjaciel Maxa, Robert. Sądzę że doskonale wiedział co się stało, skoro Grace lata koło niego non stop.
- Nie, a co się miało stać? - odburknęłam cicho.
Zaśmiał się, jakby nabijał się ze mnie.
- Wybacz, ale całe południe zajęło ci kłócenie się z Maxem i omijanie wszystkich możliwych rozmów. Każdy to widzi, Samanta.
- No i co z tego? - ruszyłam do przodu by mieć go z głowy, ale pomyliłam się. Poszedł za mną i raczej nie chciał mnie szybko opuścić.
- Chyba nie zamierzasz obrażać się na wszystkich z powodu Grace?
- Bo ty najlepiej wiesz! - prychnęłam i uciekłam.
Co się ze mną dzieję?! Wcale nie chce się tak zachowywać, chciałabym im powiedzieć że mam to wszystko gdzieś, ale coś mnie blokuje. Max coś wspominał o śnie, ale nie sądzę żeby to była prawda. No proszę, od dwóch miesięcy ktoś chce mi wmówić że śmierć rodziców to moja wina?! To byłoby bez sensu. Sama dobrze to wiem, i nikt nie musi mi tego wmawiać.
 Ale w sumie, skoro Max ma takie możliwości, że może wszystko odczytać za jednym kiwnięciem palca, to może ma rację?

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

- Max! - krzyknęłam przez cały korytarz szkolny, by chłopak odwrócił się i ze mną porozmawiał. No cóż, mogłam tylko szepnąć, a i tak by usłyszał. To chore być przyswojonym do czegoś takiego! Na całe szczęście lekcje się już zaczęły, więc nie mieliśmy towarzystwa które mogłoby nas podsłuchać. 
 Odwrócił się i spojrzał na mnie ze zdziwieniem. Stanął, a ja miałam szansę do niego podbiec. Przechylił głowę na bok i spojrzał na mnie.
- Chciałabym porozmawiać o tym śnie. - wydyszałam. Chłopak uśmiechnął się i chwycił mnie za rękę.
Nagle poczułam się, jakbym była w środku fajerwerków. Coś wystrzeliło do góry okrążając nas jednocześnie.
- Zamknij oczy. - usłyszałam w swojej głowie szept Maxa. Gdyby nie to, że się bałam, już dawno wgapiałabym się na te podświetlane pociski które wystrzeliwały w górę i w dół. Zamknęłam oczy i słuchałam.
 Nagle zapanowała ogromna cisza.
- Otwórz oczy. - tym razem usłyszałam głos Maxa na świecie, a nie w mojej głowie.
Kiedy otworzyłam oczy z przymrużeniem, spojrzałam do o koła. Wszędzie wyrastały drzewa i kwiaty, w różnych kolorach i rozmiarach. Żonkile, tulipany, róże, stokrotki, jaśminy, gladiole.. Na łące skakały króliki. A do tego zachodziło słońce. Całkiem romantyczny widok.
- Gdzie jesteśmy? - zapytałam w kółko się rozglądając.
- W twojej podświadomości. - uśmiechnął się i usiadł na ławce która stała nieopodal.
Zdziwiłam się. Nigdy nie myślałam o czymś takim, a już na pewno nie o tak mało skromnym wyglądzie!
- Wiem że nie rozumiesz, ale nie po to tu przyszłaś.
- Dobrze. To może mi wyjaśnisz, o co w tym wszystkim chodzi?
Usiadłam obok niego, nadal wpatrując się w cały ten widok.
- Musisz opowiedzieć mi, jak twoi rodzice zginęli. - szepnął. Zdziwiłam się. Myślałam że dobrze wie, dlaczego umarli. Ale najwyraźniej mi to utrudniał, a nie chciałam się zwierzać.
- Nie chcę tego mówić... - odparłam stanowczo.
- Ale muszę wiedzieć w czym rzecz. To chociaż pomyśl o tym.
Zamknęłam oczy. Od razu pojawił się widok tamtej chwili.
Siedziałam w samochodzie, kiedy rodzice się kłócili. Spojrzałam za okno, i zauważyłam królika. Mama i tata byli zajęci rozmową, by zauważyć jak wychodzę z samochodu by podejść do królika. Po drodze zerwałam jeszcze kilka kwiatów, by wręczyć je mamie. Nagle usłyszałam ogromny trzask. Odwróciłam się do tyłu, by zobaczyć co się stało, bo byłam pewna że odgłos odbiegł zza mnie. W samochód rodziców wpadł tir, który zniszczył pojazd. Chciałam podbiec, ale coś mnie powstrzymywało, jakaś myśl, żeby lepiej nie podchodzić.
 Nagle otworzyłam oczy.
- Co się stało? - zapytał już dość wystraszony, chodź nie wiem z jakiego powodu, Max.
- Nie pamiętam co było dalej. - wytrzeszczyłam oczy na niego samego. Czemu teraz zapomniałam, skoro dzień wcześniej śniło mi się to? - Max, co się dzieję?
- Ostatnio ktoś powiedział mi, że Gordon, król Animam Malam ('Zła Dusza' po łacińsku) prześladuje pewną dziewczynę, która widziała coś, czego nie powinna. Chce ją zabić.
- I co z tego? - parsknęłam. Moment... - Czekaj, chyba nie chodzi mu o mnie?
Skinął głową.



sobota, 22 czerwca 2013

Rozdział 2

 Ten post powstaje po tygodniowej przerwie, ponieważ miałam limit internetu i nie miałam jak wejść na blogspota, więc oto nowy post.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

 Szkoła po tym wszystkim nie jest najlepszym rozwiązaniem. No ale cóż, jeżeli nie przyjdziesz po takiej kłótni z kimś ważnym w szkole (ponieważ Grace i ja należymy do najpopularniejszych osób w szkole, ale co do Grace nie jestem pewna, ponieważ nikt praktycznie nie darzył jej tam szacunkiem oprócz mnie i Maxa) to po prostu jesteś mięczak. Wyszło by, że boisz się przyjść żeby nie zostać pośmiewiskiem... No cóż, więc idę do tej zapchlonej szkoły. Właściwie ciotka nie pozwoliłaby mi zostać w domu, ma jakąś manię na przyszłoroczną maturę. "Muszę się uczyć, bo w przyszłości muszę kimś zostać". Łatwo mówić, trudniej zrobić.

~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

 Kiedy tylko weszłam na główny dziedziniec szkolny, już kilka osób podbiegło do mnie ze słowami "Przykro mi że pokłóciłaś się z Grace" i coś w stylu że nigdy za nią nie przepadali. Przynajmniej mam ich po swojej stronie.
 Próbowałam wydostać się z grona osób które mnie otaczały - nadaremnie.
- Nie bój się! My będziemy zawsze przy tobie! - krzyknęła jakaś brunetka, której nawet nie znałam.
- Zrobimy wszystko co chcesz! - uśmiechnął się rudy chłopak który stał obok mnie. To już lekka przesada, ale spróbowałam to jakoś wykorzystać.
- To możecie mnie przepuścić? Spóźnię się na lekcję. - Powiedziałam po czym znowu próbowałam się przepchać. Zupełnie jak na jakimś koncercie sławnej osoby.
 Posłuchali. Popatrzyli na siebie i mnie przepuścili.
 Nienawidzę tego. Traktują mnie jak jakąś bardzo ważną osobę albo królową. A ja tego nie chcę. Nigdy nie lubiłam się wyróżniać, ale akurat tak trafiało, że ludzie musieli mnie uważać za miłą i ładną, co prowadzi do coraz większych znajomości. Znudziło mi się to. OK, na początku było fajnie, ale to już z lekka przesada...
 Kiedy podniosłam wzrok, zauważyłam blondyna o tak głębokim kolorze niebieskich oczu, że zatopiłam w nich spojrzenie. Max uśmiechnął się podchodząc do mnie.
- I jak się czujesz? - zapytał.
- A jak mam się czuć? Przecież nic mi nie jest. - odparłam, i ruszyłam do głównych drzwi by zdążyć na lekcję trygonometrii.
- Dziwnie zareagowałaś na tych ludzi. - przyjrzał mi się badawczo, mrużąc oczy. - Na pewno nic ci nie jest?
- Nic mi nie jest, Max. - westchnęłam i przewróciłam oczami.
Przystanął w miejscu, i rozglądnął się, czy ktoś stoi w pobliżu.
- Samanta. Wiem że codziennie śnią ci się te koszmary, czemu nic mi nie powiedziałaś? - spojrzał na mnie opiekuńczym spojrzeniem. Zdziwiłam się. Jak on mógł to wiedzieć?
- Skąd to wiesz? - prychnęłam.
- Przecież wiesz, że potrafię dowiedzieć się wszystkiego o jednej osobie w kilka sekund. Czyżbyś nie wierzyła w moje zdolności? - uśmiechnął się, odchodząc od tematu.
- Może...
- Samanta, nie w tym rzecz. - zacisnął usta. - To nie jest naturalny sen, ktoś chce ci wmówić że śmierć twoich rodziców to twoja wina. To jakaś nadprzyrodzona moc chcę ci to wpoić w umysł.
- Ale Max, ja wcale nie mam poczucia winy co do tego. - spojrzałam mu w oczy nie wyrażając przy tym moich uczuć. Samo wspomnienie o rodzicach bardzo boli.
- Nie oszukuj się, Samanta.
- Bo ty wiesz lepiej jak ja się czuję! - prychnęłam i uciekłam do klasy. Kiedy się odwróciłam Maxa już nie było, zniknął gdzieś bez śladu.
 Nawet nie chciał dokończyć rozmowy, a ja tak bardzo chciałam, żeby ktoś mnie pocieszył...

piątek, 14 czerwca 2013

Rozdział 1

 Z Grace nigdy wcześniej się tak nie kłóciłam, a na pewno nie o takie sprawy! Boże... że obraziła się, że mam większą szansę u Maxa niż ona? Przecież nawet nie zabiegam o miejsce jego dziewczyny. Max może zostać dla mnie tylko przyjacielem, nic więcej. A Grace o tym bardzo dobrze wie, więc niepotrzebnie robi szopkę.
- Grace! Otwórz te drzwi! - krzyknęłam zza drzwi jej mieszkania. Musiałam zerwać się z lekcji, by wyjaśnić sobie wszystko z przyjaciółką, albo jak kto woli - byłą przyjaciółką.
- Chyba sobie ze mnie jaja robisz! Po tym co mi zrobiłaś! No proszę cię! - odkrzyknęła z sarkastycznym śmiechem. Nie wiedziałam, że jest taka wredna. Nigdy nie kłóciłam się z Grace o tak ważne sprawy (w tym wypadku utrata przyjaźni), więc nigdy nie znałam jej od tej strony.
 Zrobiłam sobie szybki rachunek sumienia i przypomniałam sobie wszystkie złe wspomnienia dotyczące właśnie mojej byłej przyjaciółki. Teraz sobie uświadomiłam, że wykorzystała mnie żeby być w najpopularniejszym gronie w szkole i mieć mnóstwo znajomych. Przez kilka lat byłam taka głupia?
 Zrezygnowałam z jakiegokolwiek sposobu by pogodzić się z Grace i ruszyłam z powrotem do swojego domu. Coś czuję, że będę mieć niezły opieprz od ciotki, za zerwanie się z lekcji. Ona nie toleruje nawet jedynek, więc próbuję dobrze się uczyć, co na razie mi wychodzi.
 Poszłam do domu, nie zważając uwagi na to, że czas przyśpieszył i z piętnastej zrobiła się osiemnasta.

*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

 Tak jak myślałam, ciotka czekała na mnie, kiedy weszłam do domu. Próbowałam to zrobić najciszej jak tylko mogłam, ale najwyraźniej mi się nie udało.
- Gdzie ty się podziewałaś, droga panno?! Dlaczego uciekłaś z lekcji?! Za rok masz maturę, musisz ją napisać! - zaczęła od razu ciotka. Rzuciłam na stolik nocny klucze i torbę, po czym usiadłam na kanapie. Popatrzyłam na nią z dołu, i uśmiechnęłam się ironicznie.
- Nie zrozumiesz, ciociu. Tak jak zawsze, nigdy mnie nie zrozumiesz.
 Ciotka się skrzywiła, dając do zrozumienia, że jej to nie obchodzi. Czasami naprawdę mam jej dość. Chciałabym, żeby byli ze mną moi rodzice, tak jak kiedyś. Ciotka mnie nie rozumie, nie zrozumie i nigdy mnie nie rozumiała.
- Właśnie że zrozumiem, ale ty nigdy nie chcesz mi o niczym opowiedzieć. - oznajmiła. W sumie miała rację. Ale ciotka to nie była osoba, której mam ochotę się zwierzać. - A tak przy okazji, George dzwonił i powiedział, że bardzo opuściłaś się w nauce.
 Chciałam zacząć się śmiać, ale powstrzymałam się. George to dyrektor szkoły. Myśli, że jeżeli jest na takim stanowisku, to może zrobić wszystko. A tak naprawdę jest starszy od samych uczniów o 5 lat, więc tak naprawdę nikt nie bierze go na poważnie, nawet rodzice czy nauczyciele. Ale przechodząc do rzeczy, myślał, że jak powie jakąś oczerniającą rzecz o uczniu, to uzyska względy rodzica. Rola złego dyrektora mu pasuje, ten jego żałosny uśmieszek... Kto mógł postawić kogoś tak rozrzutnego na tak wysokim stanowisku?
- To nieprawda! Wiesz że George chce się wzbić na pozycji, opowiadając takie bzdury. - wstałam z łóżka, wytrącona z równowagi. Mógł sobie być dyrektorem w tak młodym wieku, ale niech nie opowiada takich bzdur mojej ciotce.
- Nie rozumiem, i co w związku z tym? - odparła i uniosła jedną brew.
- Nieważne, nie zrozumiesz. Jak zawsze. - odparłam po czym wybiegłam do swojego pokoju.

*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*~*

Usnęłam z nawracającym się snem, który wywołuje u mnie poczucie winy. Nie, to nie moja wina. To nie moja wina! Mamo, tato...

Welcome

Witajcie, postanowiłam pisać bloga z opowiadaniami (a raczej taką książkę, którą od niedawna zaczęłam pisać sobie dla przyjemności). Chciałam się nią z wami podzielić, ponieważ w przyszłości pragnę zostać autorką różnych książek dla młodzieży. Uwielbiam pisać opowiadania o życiu nastolatkach, ale raczej wolę pisać o fantasy. Więc połączyłam życie nastolatek + fantasy. Myślę, że spodoba wam się chodź jeden rozdział, ponieważ będę je pisać spontanicznie.

Co do postów, nie mam określonego czasu ich publikowania. Myślę że kilka razy na tydzień na pewno się zdarzy, ale nie obiecuję, mam też swoje prywatne sprawy, więc chciałabym to również uporządkować z realnym życiem. Czyli podsumowując - będę pisać posty kilka razy w tygodniu. Myślę że nikt nie będzie na nie długo wyczekiwał (Oczywiście, jeżeli ktokolwiek zechce czytać moje wypociny! :) )

~Szmaragdovva